maj 13 2003

Bez tytułu


Komentarze: 6

Już wiem! To wszystko przez przedszkole! Tam się ludzie ze sobą integrują, żyją sobie razem a ja co? Zrujnowałam sobie życie! Otóż będąc małym szczerbatym stworzeniem również chodziłam do przedszkola! Bite trzy tygodnie! I o dziwo okazuje się, że za mało... Teraz jestem inna niż Zintegrowani i nie bawi mnie ich towarzystwo. Przepraszam ewentualnych czytających, za moją monotematyczność, ale głupota paradoksalnych związków międzyludzkich zalazła mi ostatnio za skórę.
Wracając do mojej niedługiej aczkolwiek pamiętnej edukacji przedszkolnej. Dzieciak niereformowany chciałoby się rzec... Moja buntownicza natura nie mogła znieść codziennego leżenia pokotem na brudnych leżakach i tęsknoty za parkiem znajdującym się tuż obok przeplatanej rozgoryczeniem i niezrozumieniem świata i jego sensu (jako że owo leżakowanie czy tez całą  instytucję przedszkola uznawałam wtedy za cały swój świat- jak już się poświęcać to bez reszty!).

A kiedy jeszcze wmuszali we mnie pokarm różnych postaci i w reakcji na moją odmowę robili się coraz bardziej agresywni, ja w najlepsze wybuchałam sobie płaczem. Wyłam tak i wyłam... A jak już sił mi brakowało ( i powietrza) zaczynałam się dusić w tej rozpaczy. Wtedy brali mnie (pisząc ONI cały czas mam na myśli chyba jakieś nogi, pewna nie jestem. Tak jak na kreskówkach. Nie ważne kto, ważne że podły bo niszczy cały nasz małoletni światopogląd), zatem brali mnie do okna, i kazali przestać płakać, łkać, zawodzić, rozpaczać, czy co tam jeszcze... Nie da się ukryć że powiew świeżego powietrza dochodzącego z upragnionego parku pełnego kasztanów sprawiał, że zwykle łaskawie się uciszałam. Ale oczywiście w konsekwencji tego namiaru świeżego tlenu w miejscu na ogół go pozbawionym, zapadłam w końcu na jakieś niewielkie przeziębionko.

Tak więc kolejny tydzień (z trzech) spędziłam w domu z babcią. Kiedy wróciłam do leżakolandii nie mogłam przecież tego tak zostawić i narazić siebie i Ich na nerwy i cierpienia. Uruchomiwszy wyobraźnię stworzyłam chłopca o imieniu Marcin Ziółek, który miał znaczek z Papieżem. No wiecie znaczek... W szatni... Każdy jakiś miał. My walczyłyśmy o królewnę. Wy o samochody. Do rzeczy: naopowiadałam rodzicielce o potwornym łobuzie, Marcinie właśnie, który mnie bije i ciągnie za warkoczyk. Tyle. Serce matki nie pozwoli na taką zbrodnię... Babcia czytała mi bajki braci Grimm. Znałam je niemalże na pamięć! Niedawno do nich zajrzałam i stwierdzić muszę że są dziwnie makabryczne! Kolejny winowajca mojej odrębności!

1984 : :
14 maja 2003, 08:49
No proszę jak się wspomnienia obudziły! Ech nawet mnie się to i owo przypomniało... Heartland- cieszę się że nie jestem sama:) Magna właśnie udowodniła w jakich warunkach trzeba oddawać się czynności tak przyjemnej jak sen. I spać na takim leżaku, na którym w przeszłości mogło wylądować wszystko! Fu! A mojej koleżance przed leżakowaniem dawali taką małą pigułeczkę (każdemu dziecku tak)... Hym, no i nie wiem czy to mogło mieć dobry wpływ... Narkomania się szerzy, a dzieci wciąż myślą że to takie dobroczynne lekarstwa jak te otzymywane z rąk pani Stefy albo innej prawej istoty, a skoro prawej to tabletka też jaknajbardziej dozwolona... Wujek? Nie widzę problemu! Maturę zdałeś, w wakacje prawko i od września do roboty! A nieeee wy to wojsko macie... O wojsku porozmawiamy innym razem. To wspomnień tak przyjemnych nie budzi, bo jak można obudzić coś czego nie ma... Stachu? A wiesz że pierwsze słowo jakiego nauczyłam się pisać to było ZORRO!? Wszędzie (dosło
Zorro !
13 maja 2003, 19:30
Ola - pierwsza miłość, pierwsze buzi w usta to wszystko zaczęło się od tego, że w swej wielkiej łaskawości oddawała mi swój podwieczorek (poza podwiczorkami to ja też nic nie jadłem !) i pomagała wiązać butki ! Marcin - I wróg, 2 lata starszy, 5 razy głupszy co nie przeszkodziło mu w podstępnym oszukaniu mnie przy wymianie resoraków (do tej pory nie wiem jak on to zrobił, ale przekonał mnie, że 2 rozwalające się gruchoty są lepsze niż nowiuś Matchbox (to takie amerykanckie resoraki wtedy absolutny rarytas, który przysłała mi ciocia z ułesa) ) ale jego triumf nie trwał długo kilka miesięcy później przy okazji balu przebierańców starłem się z Marcinkiem a było to tak : siedzi sobie Marcinek z kolegą kolega ma na sobie peleryne i czarny kapelusz Marcin - przebrałeś się za zorro ? Nie wiesz, że Zorro to głupiec ? - Zmieszany kolega zaczyna się bronić, że on nie jest zorro, że tylko podobny i takie tam... tego nie wytrzymała moja męska duma bowiem poza posta
13 maja 2003, 16:59
Ja chodziłem do przedszkola przez kilka lat i uważam, że był to najlepszy okres w moim życiu, bo mogłem sobie jeździć ciężaróweczką. Ach, szalone czasy...
dwie-ósemki
13 maja 2003, 16:53
ja również chodziłam do przedszkola aż przez trzy tygodnie, mój brat natomiast był nieco lepszy - wytrzymał trzy miesiące...pamiętam mój malutki paluszek podniesiony w górę wraz z całą, grubą wówczas rączką, gdy prosiłam o dokładkę budyniu czekoladowego...albo o buraczki, których teraz nienawidzę...pamiętam leżakowanie...spałam na leżaku obok leżaka syna sąsiadów mojej babci (notabene: babcia ta pracowała w owym przedszkolu jako kucharka)...a po drugiej stronie mojego leżaka stał regał z lalkami...więc w sumie miałam dogodne miejsce do snu...pamiętam też, że rzucaliśmy się przeróżnymi zabawkami, a kiedyś, w zamian za to, że jakaś dziewczynka zabrała mi chyba jakąś lalkę (albo inną zabawkę, nie pamiętam już), popchnęłam ją naprawdę leciutko, ale wpadła na otwarte drzwiczki od szafki i uderzyła się w głowę...pamiętam panią Grażynkę, która siedziała na takiej jakby dyżurce i piła kawę...pamiętam, że zawsze płakałam, gdy musiałam pożegn
13 maja 2003, 16:48
dziekuje bardzo bo humor mi poprawilas ;)
czasy przedszkola to najlepszy okres w moim życiu był. do czasu kiedu pewien kamil zesrał się na leżakowaniu. to wydarzenie bardzo niekorzystnie wpłynęło na mnie. więc może powinnaś się cieszyć że chodzilas tak krótko..
heartland
13 maja 2003, 16:11
Otworzyłaś mi oczy - ja w ogóle nie chodziłem do przedszkola.

Dodaj komentarz