Archiwum 29 sierpnia 2002


sie 29 2002 niemożliwe
Komentarze: 7

Nie dotknie się liści. Tych , które kochają najwyższe galęzie. Nie dosięgnie się ich. Nie dotknie się milości. Tej, która kocha wybranych. Nie dosięgnie się jej. Spójrz w te oczy. Patrzą. Ale patrzą też na świat. Widzą innych. Nie zdobedzie się tych oczu na wlasność. Widzisz ręce, czujesz dlonie. Nie doznajesz uczucia, którego nie doznaliby inni. Nie utrzymasz tych rąk. Nie na wieki. Spójrz na wlosy. Targają je miliony rąk, targa je wiatr. Spojrzeć mogą wszyscy. Przytul go. Obejmij. Ukryj. Nie schowasz... Zaslania go świat.

1984 : :
sie 29 2002 lekarz
Komentarze: 4
W dziewiętnastoletniej praktyce lekarskiej nie raz, jak to mówią, otarl się o śmierć. To nic strasznego. Przyzwyczail się. Tak już urządzono ten świat, że jego pacjenci co kilka lat zastępowani są przez tych obarczonych mniej poważnymi dolegliwościami, które dopiero z czasem staja się powodem wymiany starszych na mlodszych... Znacznie rzadziej mlodszych na starszych... Nie bal się śmierci. Widzial ją w spokojnych oczach starców, widzial też w pelnych życia spojrzeniach umęczonych chorobą dzieci. Widzial zaplakane twarze ojców, ich niespokojny sen na krześle przy lóżku dziecka. Czul jeszcze czasem te drapieżne szpony matek rzucających się na niego, szpony wydrapujące mu bezradne w spojrzeniach oczy, wyrywające z gardła resztki zycia dla swoich konających dzieci. Był żal, błaganie Boga o kilka dni więcej, o male oszustwo i zachowanie malca przy życiu. Z odejściem dziecka trudniej się pogodzić. Staruszek z „ósemki” miał takie spokojne oczy. Śmierć zawsze przychodzi. To naturalne... I nie przeraża. Po tylu latach pracy w szpitalu i praktyki w najróżniejszych hospicjach. Nie. Nie przerażają oczy skazane na śmierć, śmierci oczekujące. Przerażają oczy tej śmierci pragnące. Łóżka oddalone od innych, pościel przepocona nienawiścią, glowy odwrócone od wszystkiego co żyje, ludzie martwi duszą, marzyciele o martwocie ciała... Zabij mnie. Bo lepiej jest nie żyć niż czuć ból. Tyle razy już to slyszal. Tyle razy drżal na myśl o zbrodni, na myśl o ich pragnieniu zbrodni. Ona. Niegdyś piękna, kochana, pelna chęci do życia. Zgubila swoją radość, pewnego dnia. Upuścila szczęście na ulicy, razem z wynikiem badań napisanym na malej kartce. Zdeptala je jakaś szczęśliwa matka, zdeptalo dziecko...nawet pies. Bloto. I tak leżala w najbardziej odleglej sali, najbardziej odlegla od umierającej siebie. Miał coś zrobić? Musial. Ale co? Oddalić ją od siebie bardziej? Zabrać życie, pójść na latwiznę? Zwolnić łóżko, bo Ona i tak nie chce żyć... Ale jej oczy... Po raz pierwszy w swym dlugoletnim doświadczeniu zawachal się. Bo dlaczego mialby pozwolić temu pięknu cierpieć? Jej dusza zgnila już dawno. Zaraz to samo stanie się z cialem. Czy można pozwolić takiemu pięknu przemienić się w paskudną, odrażającą brzydotę? Czy można dopuścic to tego, by tak delikatna kobieta, która calą sobą czuje każdy zapach, którą wszelkie emocje przenikają aż do glębi...żeby ta księżniczka przemienila się w... Nie. Był lekarzem. Primo non nocere! Jak móglby zabić!? Jej mózg działa jeszcze zachowując życie z własnej woli. Coś jeszcze zachowuje to życie. A że Ona prosi... Prosi o śmierć z powodu cierpienia, tak naprawdę prosi o pomoc w cierpieniu... W końcu dlaczego on nie mialby pomyśleć również o sobie? Ma zabić? Czy po to uczyl się, staral...Przecież potrafi leczyć ból. Nie wyleczy go. Ale będzie leczyl! Będzie chronil jej życie, bo po to sam żyje. Zadba o jakość tego życia. Gdyby je skrócił tez zadbalby o jego jakość. Ale tym samym zlikwidowalby je. Odebral. Unicestwil! A jaka jest jakość życia, którego nie ma? Co więcej, które powinno być, ale jeden maly czlowiek, nawet z wieloletnim doświadczeniem, postanowil, że tym razem należy zabić?
1984 : :